Zapraszamy na bezpłatne konsultacje i zachęcamy do wsparcia naszych działań

Kaczyński, oddaj nasze 100 mld-ów

PISowski szef NBP nie wytłumaczył Prezesowi, że:

  • Krajowe banki nie mogę kreować pieniądza bankowego w walutach obcych, [37]. Tak samo jak banki szwajcarskie nie mogą kreować złotówek. Dlatego w polskim systemie prawnym nie występuje termin „kredyt walutowy” – występuje wyłącznie „kredyt”. Banki mogą natomiast wyrazić kwotę i walutę kredytu w dewizach – to tzw. kredyt dewizowy (zwany potocznie, choć niepoprawnie, walutowym). Ale zgodnie z prawem dewizowym, kredyt taki może zostać udzielony jedynie, gdy kredytobiorca dostał i spłaca bezpośrednio dewizy (bez żadnego spreadu), [38].
  • Choć wszelkiej maści kredyty „walutowe” są na mocy prawa zobowiązaniami w złotych [39-41], to NBP używa terminu „kredyt walutowy” na potrzeby wewnętrznej sprawozdawczości i raportowania finansowego (FinRep). Księgowy sposób raportowania takich kredytów (agregatów pieniężnych, uzależnionych od kursu waluty obcej), odnoszący się ich sensu ekonomicznego, nie powinien mieć jednak wpływu na prawidłowe odczytanie Umowy o kredyt, która to Umowa jest instytucją prawną.
  • W odróżnieniu od kredytów dewizowych (wypłaconych i spłacanych w bezpośrednio w walutach), kredyty „frankowe” mają dla banku centralnego tę miłą cechę, że NBP dzięki nim budował rezerwy walutowe. Będące teraz źródłem znaczącego zysku dla budżetu państwa. Dzieje się tak dlatego, że aby uchronić się od własnego ryzyka kursowego, banki komercyjne zabezpieczały się instrumentami pozabilansowymi (FX swap, CIRS, linie kredytowa), [42]. W efekcie, w zamian za złotówki wykreowane w kredytach, do kraju napływały księgowe dewizy. Były one następnie wymienianie w NBP na złote, gdyż właśnie takiej waluty oczekiwał kredytobiorca, [9]. Stąd też, do banku centralnego napływały waluty, za które NBP płacił „drukowanymi” w procesie kreacji pierwotnej, złotówkami, [43]. W okresie największej gorączki kredytów „walutowych” (koniec 2005 – koniec 2010), rezerwy walutowe banku centralnego wzrosły dzięki temu ponad-dwukrotnie, o grube dziesiątki mld-ów dolarów i euro, [44].
  • Postępująca od jesieni 2008 deprecjacja złotego, przyczynia się do księgowego zarobku banku centralnego na rezerwach rewaluacyjnych – bo dewizy, które NBP nabywał w zamian za kreowane przez siebie złotówki, są obecnie coraz więcej warte. Wg niektórych ekonomistów rezerwy walutowe NBP „mogą być źródłem zobowiązań moralnych banku centralnego wobec frankowiczów i banków”, [45]. A to właśnie dzięki tym rezerwom, w latach 2009-2016, trafiło łącznie do budżetu ok. 58 mld złotych, [46-49]. To są pieniądze, które państwo polskie w znacznej mierze zarobiło kosztem tzw. „frankowiczów”. A którymi to pieniędzmi finansuje się dziś programy pomocowe i łata dziury w budżecie.
  • Zagraniczni kontrpartnerzy instrumentów pochodnych (którymi banki zabezpieczyły się przed ryzykiem kursowym) uzyskując bezpieczny dostęp złotówek – inwestują je w obligacje skarbowe polskiego rządu. Umożliwia to rządowi zdecydowanie tańszą obsługę długu zagranicznego. Dla zagranicznych kontrpartnerów interes był szczególnie zyskowny do roku 2008, gdy zarabiali nie tylko na wysokim oprocentowaniu oferowanym przez polski rząd, ale także umacniającym się złotym (co w przeliczeniu na walutę obcą, dawało większe zyski z oprocentowania). Od roku 2009 ciężej rządowi znaleźć chętnych na polski dług, ale interes wciąż się opłaca. Obecnie, jak tłumaczy NBP, ewentualne „odwalutownie” kredytów tzw. walutowych, spowodowałoby znaczny wzrost rentowności (kosztów obsługi) długu rządowego, ponieważ chętnych na instrumenty pochodne by ubyło, [50].
  • Czyli mówiąc wprost – rządowi opłaca się trzymać zarobione na „frankowiczach” rezerwy walutowe, bo budżet zarabia na tym kilka mld-ów rocznie. Natomiast nie opłaca się „odwalutowywać” kredytów, bo rząd będzie musiał drożej obsługiwać dług państwa – czyli kolejne miliardy oszczędności budżetowych znikną.

 

PISowski szef KNF nie wyłuszczył Prezesowi, że:

  • Głównym oszustwem w kredytach „walutowych” nie jest zmieniający się kurs walut. Bo o tym kredytobiorcy wiedzieli – mimo, że banki ich prawidłowo nie informowały. Głównym oszustwem w kredytach „frankowych” nie jest też obecność spreadu walutowego – mimo tego, że w sensie prawnym nie dochodzi w ogóle do kupna / sprzedaży walut (o czym przez wiele lat nie wiedział nawet UOKiK). Głównym problemem nie jest także fakt, że banki zastrzegły sobie wyłączne prawo do całkowicie dowolnego kształtowania owego „kursu” (tzw. klauzule abuzywne). Ani nawet to, że wg prawa – z uwagi choćby na podwójną waloryzację – nie mamy w ogóle do czynienia z kredytami (art. 358/1 par. 5 KC). Główne oszustwo kredytów „walutowych” polega na tym, że forma ich realizacji przez banki powodowała znaczną aprecjację złotówki w chwili wypłaty kredytów, i osłabienie złotówki w chwili spłaty. Kredytobiorcy już na starcie byli na przegranej pozycji, [51]! Ale tego mechanizmu nikt, poza bankami, Nadzorem i MinFin, nie był świadomy.
  • I choć „kredyty walutowe dla gospodarstw domowych nie wstępują na masową skalę w żadnym wysoko rozwiniętym kraju”, [52], Nadzór na nie zezwolił, bo kredyty takie dawały bankom zarobić na wyższych marżach, nienależnych spreadach, i „efekcie sprężyny” (aprecjacji złotego przy wypłacie i jego osłabieniu przy spłacie), [53].
  • Nadzorca świetnie zdawał sobie sprawę, że „udział kredytów walutowych w portfelu kredytów mieszkaniowych stwarza istotne zagrożenie wystąpienie kryzysu sektora bankowego w przyszłości”, ale mimo to, przez minimum 40 miesięcy (!) – od chwili powiązania przez Narodowy Bank Szwajcarii kursu franka z euro, aż do momentu jego uwolnienia – nie zaproponował żadnych mechanizmów skutecznego rozwiązania problemu. W efekcie, w systemie finansowym wyhodowano ponad 200’000 kredytów o LTV powyżej 100%, a więc jest takich, których właściciele są ekonomicznymi bankrutami.
  • Odsetek ten zdecydowanie się powiększy, ponieważ Nadzorca w dalszym ciągu nie podejmuje żadnych realnych działań. Tymczasem Narodowy Bank Szwajcarii ciągle, choć niejawnie, broni kursu swojej waluty. Co przy potencjalnym wzroście kursu franka tylko o 1 zł, skutkuje większym ryzykiem sektora finansowego aż o 35 mld-ów złotych (wciąż pozostaje do spłacenia ok. 35 mld CHF). I choć Urząd świetnie to rozumie, to jednak odpowiedzialność za rozwiązanie problemu, i za swoje zaniechania w kontroli prawa (art. 133 Pr.Bank), i za brak reakcji wobec właścicieli banków, [54-56] – próbuje przerzucić na państwo polskie i jego obywateli.
  • Natomiast zgodnie z obowiązującym europejskim ustawodawstwem, to nie deponenci banków, ani państwa członkowskie mają płacić za błędy bankierów, [57]. Naczelną zasadą Dyrektywy o restrukturyzacji banków (tzw. Resolution) jest obciążanie dotychczasowych właścicieli instytucji finansowych (akcjonariuszy). To oni, a nie obywatele państwa, w pierwszej kolejności powinni pokryć straty poniesione przez banki. Celem procesu Resolution jest ochrona finansów publicznych przed kosztami związanymi z ratowaniem banków. Dyrektywa unijna, wbrew temu co próbuje robić KNF, nie dopuszcza, by koszty ratowania banków przerzucać na obywateli.
  • W Polsce sprawa dotyczy praktycznie 2-3 źle zarządzanych banków, których łączna wartość księgowa jest mniejsza niż roczne koszty Programu 500+. KNF podjął jednak inne, tańsze działania – zasilił źle zarządzane banki własną kadrą. Jakubiak pracuje u TW Michała, a Pruski u TW Ernesta, [58].