Zapraszamy na bezpłatne konsultacje i zachęcamy do wsparcia naszych działań

Kaczyński, oddaj nasze 100 mld-ów

2. Rząd PIS I, czyli krótka historia kryzysu

Jest rok 2005. Po jesiennych wyborach parlamentarnych zwycięzcą zostaje Prawo i Sprawiedliwość, przed PO, Samoobroną, LPR i SLD. Wkrótce rząd formuje Kazimierz Marcinkiewicz, a z dniem 31 października powołuje na stanowisko ministra finansów Teresę Lubińską – promotorkę swojej niedoszłej pracy doktorskiej. Kilka dni później nowy premier zatrudnia wiceministra, Cezarego Mecha, czyniąc go odpowiedzialnym m.in. za obsługę długu publicznego, [6]. Mech ochoczo zabiera się roboty, i już na początku grudnia z jednej strony emituje euroobligacje (trzeba przyznać z sukcesem), potrzebne na sfinansowanie działań rządu, a z drugiej obniża koszty obsługi długu poprzez działania wpływające na aprecjację naszej waluty (niestety też z sukcesem), [7]. Jednocześnie schizofrenicznie zauważa, że złoty jest za silny, co może wkrótce skutkować kłopotami niezabezpieczonych kredytobiorców „walutowych”. Jednocześnie stwierdza, ale że to jest w zasadzie kłopot nieudolnego nadzoru bankowego przy NBP, [8-9].

Uwidacznia się konflikt pomiędzy MFin a NBP. I ma on kilka wymiarów. Jest po pierwsze walką „nowego” z „układem” – co przekłada się w szczególności na strategię obsługi długu zagranicznego i metod sterylizacji złotego. Napływający kapitał zagraniczny można bowiem albo wymieniać na rynku – co podnosi kurs złotego, ale ułatwia ministerstwu obsługę długu, albo wymieniać w NBP – co wpływa negatywnie na inflację, [10]. Ale po drugie, konflikt ma też wymiar personalny. Mech chce utworzyć nowy, zintegrowany nadzór dla całego rynku kapitałowego, by dać pracę 120 fachowcom, ekspertom programu gospodarczego PIS, którzy w roku 2002 stracili zatrudnienie w Urzędzie Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, [11-12]. Wiceminister pracuje zatem usilnie nad przygotowaniem projektu ustawy o nowym nadzorze, a w tzw. międzyczasie w dalszym ciągu zadłuża państwo wzmacniając złotego. Wkrótce, Jarosław Kaczyński sięgnął okazyjnie po usuniętą z PO Zytę Gilowską, która zastępuje Teresą Lubińską. Przeszczepiona do PISu „siostra Tuska” jest w sumie dobrym ministrem – obniża podatki. Niestety, robi to kosztem zadłużającego się za granicą państwa i napływającego do kraju kapitału spekulacyjnego. Nowa minister finansów toleruje Mecha wyłącznie przez kilka miesięcy – do zakończenia prac na ustawą o nadzorze, i zastępuje go stypendystą Fullbrighta, Stanisławem Kluzą (który, choć dobrze przyjęty przez rynek, budzi pewne kontrowersje, [13-14]).

Wciąż jeszcze działa stary nadzór bankowy, który widząc wzbierającą falę hipotek „walutowych”, wydaje Rekomendację „S” – jedyną (choć niewystarczającą i lekceważoną przez banki) reakcję państwa na zagrożenie systemowe w sektorze finansowym. Na marginesie warto zauważyć, że nadzór próbował ograniczyć stosowanie niebezpiecznych instrumentów finansowych w akcji kredytowej, ale … sektor sobie tego nie życzył, [15].

Wraz z pojawieniem się Rekomendacji S reaguje natychmiast rząd, któremu mogło wyschnąć źródełko z tanim kapitałem zasilającym budżet. Premier Marcinkiewicz stwierdza, iż „nie rozumie polityki utrudniania dostępu do kredytów i nie zgadza się z nią”, a śp. Zyta Gilowska konkluduje wielkodusznie, że „obywatele są dorośli i mają prawo do pewnej dozy lekkomyślności w podejmowaniu decyzji”. Przewodniczący klubu parlamentarnego PIS, Przemysław Gosiewski oraz Artur Zawisza – przewodniczący sejmowej komisji śledczej ds. sektora bankowego, zapewniają nawet, że nowo powstająca KNF uchyli tę rekomendację, [16-17]. A sam klub parlamentarny partii rządzącej wydaje komunikat, z którego wynika, iż nie dba o ryzyko klientów, ale banków – i że te ostatnie są w świetnej kondycji, [18]. Dziś wiemy, że banki zawsze będą się miały dobrze, bo właśnie po to stosują instrumenty zabezpieczające. A z drugiej strony – kredytobiorcy hipoteczni to przeważnie klasa średnia, mieszkańcy dużych miast, a więc elektorat, który partia rządząca traktuje raczej instrumentalnie. Ale jakie były rzeczywiste intencje przewodniczącego klubu – tego się już niestety nie dowiemy …

Dzięki Bogu, prezydent Lech Kaczyński ma niezłego nosa do ludzi, i wkrótce pozbywa się Marcinkiewicza. W połowie lipca 2006 urząd premiera obejmuje Jarosław, który przypomina o programie „3 milionów mieszkań”, [19]. Marcinkiewicz, za namową Gilowskiej, znajduje zatrudnienie w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie, [20]. Później, ten skromny nauczyciel fizyki „doradza” w banku Goldman Sachs. Tam odwraca mu się optyka odnośnie wzmacniania złotówki. Gdy w lutym 2009 Goldman Sachs poinformował, iż kończy ze spekulacją obliczoną na spadek wartości złotego, bo za dużo zarobił – wiemy komu można podziękować, [21].

W styczniu 2007, z nadania PIS, prezesurę banku centralnego obejmuje Sławomir Skrzypek, który zastępuje na tym stanowisku największego szkodnika polskiej gospodarki (zwolennika niskich pensji i wysokich stóp procentowych, jako sposobu na dogonienie Zachodu). Ale do jesieni w sprawie kredytów „walutowych” w zasadzie nic się nie zmienia. Nadzór bankowy zajęty jest sam sobą, premier rozgrywa partnerów koalicyjnych za pomocą kryzysów (wrzesień 2006, lipiec 2007), rząd nie zmienia strategii obsługi zadłużenia zagranicznego i „dopinania budżetu” – emitując obligacje skarbowe, bank centralny zamienia napływające w swapach dewizy na złotówki, budując przy okazji swoje rezerwy walutowe, natomiast bilanse banków puchną w rekordowym tempie. W tzw. międzyczasie na rynku międzynarodowym zaczyna już pachnieć kryzysem, [22], a inwestorzy zagraniczni przeczuwają możliwy koniec aprecjacji naszej waluty. Reuters z niepokojem pyta Kaczyńskiego o możliwość przyjęcia Euro, ale ten zdecydowanie pomysł odrzuca, [23].

Na początku grudnia 2007 związkowcy banku centralnego ślą dramatyczny apel do wszystkich parlamentarzystów, by w obliczu nadchodzącego kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, oraz w obliczu faktu, że wartość kredytów w polskim sektorze bankowym przekroczyła wartość depozytów (!), proszą o przesunięcie w czasie demontażu nadzoru bankowego, [24]. Jednak ani Prezes, ani posłowie, ani szef NBP apelu nie słuchają. Daje to rynkom bardzo jasny sygnał, który najlepiej wyraził, doradzający wówczas Skrzypkowi, Cezary Mech: „jak wyszło że PLN nie zaczepi się o Euro, a nadzór bankowy udało się przenieść do KNF, co oznaczało że nie ma nacisku na prezesa NBP aby utrzymywał kurs PLN gdy przyjdzie kryzys, to aby nie stracić na aktywach w PL należało sprzedać opcje zabezpieczające. … co sprytniejsi inwestorzy byli zahedżowani kosztem ‘sprytnych’ nabywców opcji i ‘cwanych’ frankowiczów”, [25]. Niewtajemniczonym wyjaśnimy, że inwestorzy odczytali sygnały płynące od rządu w ten sposób, że skoro PIS skutecznie zdemontował nadzór bankowy i nie ma zamiaru wprowadzać Euro, a więc kursu złotego nie będzie miał kto bronić – to sami muszą zadbać o to, by nie stracić na zainwestowanym w Polsce kapitale. A zrobią to najlepiej windując cenę naszej waluty, jeszcze przed nachodzącym kryzysem. Taka sytuacja była oczywiście na rękę także bankom, bo miały widoki już nie na duże, ale na nadzwyczajne zyski.

Chwilę później sytuacja zasadniczo się pogarsza – bo ster władzy przejęła zawsze bankowo-zorientowana PO, a od stycznia 2008 zaczyna działać bezzębna Komisja Nadzoru Finansowego. Szaleńcza sprzedaż opcji i kredytów walutowych osiąga swoje apogeum. Kulminacja następuje na jesieni, gdy po upadku banku Lehman Brothers, kryzys kredytów hipotecznych dociera także do naszego kraju. Następuje dramatyczna dewaluacja wartości złotego, a wraz z nią redukcja zaufania na rynku i spadek płynności w sektorze bankowym (brakuje Swapów). Jednocześnie wzrastają salda kredytów wycenione w złotych. Banki zaczęły nagle poszukiwać stabilnego pieniądza (tzw. wojna depozytowa), [26]. Prezes banku centralnego uspokaja nieco sytuację, biorąc na siebie dostarczanie bankom Swapów. W praktyce rozwiązanie NBP okazało się tak drogie, że banki i tak kupowały Swapy na rynku, który w związku z tym podniósł ceny (na co bardzo narzekał wówczas bankier M. Morawicki), [27]. Naturalnie wszystkie koszty ponieśli finalnie kredytobiorcy – w postaci wzrostu spreadów.

Następnych kilka lat pod rządami PO można, w temacie tzw. kredytów walutowych, przemilczeć. Nowa władza kontynuuje, skuteczną przecież, politykę poprzedników, [28] …