Pozew przeciwko skarbowi Państwa za zaniechania urzędów w związku z toksycznymi kredytami pseudowalutowymi

Stypuł-prawda niecała TW Michała

Bankier to kłamca

Stypuł-prawda niecała TW Michała

Tomasz Nowak (2016-06-01)

 

„W dyskusji na temat kredytów hipotecznych w walucie regularnie pojawiają się argumenty mające z faktami niewiele wspólnego” – tak brzmi pierwsze zdanie artykułu „Franki – odpowiedź bankowca”, którego autorem jest prezes najbardziej „ufrankowionego” banku w Polsce [ link do wypowiedzi Prezesa 1] czyli mBanku.

Nawet średnio uważny czytelnik od razu zauważy manipulację zawartą w pierwszych słowach, co poniekąd potwierdza konstatację, że to właśnie główni aktorzy zamieszania, a więc bankierzy, systematycznie w przekazie medialnym mijają się z faktami. Mniej zaznajomionym z tematem czytelnikom od razu wyjaśnijmy, że Prezes Stypułkowski odnosił się do kredytów hipotecznych udzielonych w złotych polskich[2], które są tylko waloryzowane kursem walut obcych. Więc nie są to, jak sugeruje Prezes, „kredyty w walucie”, czyli dewizowe, a więc udzielone i wypłacone w walutach obcych (potocznie, choć niepoprawnie, nazywane walutowymi)[3].

Dalszą część artykułu czyta się z coraz większą przyjemnością i rozbawieniem. Z przyjemnością – bo miło patrzeć jak Prezes próbuje w emocjonalnych słowach odwrócić to co nieunikanie – a więc ustawowe bądź sądowe rozliczenie banków i ich prezesów za aferę „frankową”. A z rozbawieniem – bo trudno się nie uśmiechnąć czytając ową humoreskę, w której jeden absurd goni kolejny. Naliczyłem ich osiemnaście. Nie wszystkie są oryginalne i równie śmieszne, ale kilka żartów Prezesa wymaga szczególnego docenienia.

 

Nic nie widziałem, nic nie słyszałem …

Prezes rozpoczyna występ tłumacząc, że to przecież nie wina polskich banków, że frank się umocnił. I wymienia z zapałem: „upadek Lehman Brothers, kryzys bankowy w USA, i niektórych krajach europejskich, spowolnienie gospodarcze, kryzys grecki i kłopoty krajów południa Europy, wzrost napięć politycznych (Bliski Wschód, Ukraina) i wreszcie rosyjskie sankcje”. To wszystko prawda. Tylko na jakiej podstawie Prezes przyjął, że udzielając wieloletnich kredytów złotowych, uzależnionych od kursu waluty obcej, wspomniane zjawiska rynkowe nie wystąpią? Przecież wynik podobnych eksperymentów z Australii lat 80-tych, i z lat późniejszych w Europie Zachodniej był dobrze znany. I skoro nigdzie się nie udało, to dlaczego akurat u nas powinno? Zatem obecne tłumaczenie pana Stypułkowskiego, że to „fatalny splot okoliczności”, których „działające w Polsce banki w żaden sposób nie mogły przewidzieć” jest albo ewidentnym fałszem, albo efektem wyparcia. Pozostając w konwencji absurdu zaproponowanej przez Prezesa można delikatnie zasugerować, że skoro p. Stypułkowski nie wiedział – to mógł zapytać swoich klientów, którzy, wg tego co twierdzi bank, „mieli pełną świadomość ryzyka związanego z tym produktem”.

Uśmiech politowania wywołuje kolejne stwierdzenie Prezesa, jakoby „frankowicze” podnosili problem relacji pomiędzy łączną kwotą, jaką kredytobiorca ma spłacić bankowi, a kwotą kapitału wypłaconego w momencie początkowym. To nie jest w ogóle kwestia sporna. Problemem jest natomiast relacja pozostałego do spłaty salda kredytu w stosunku do wypłaconego kapitału. Jeśli ktoś w lipcu 2008 skorzystał z kredytu na kwotę 300’000 złotych, to po 8 latach systematycznej spłaty jego dług urósł do 500’000. Taka sytuacja, wbrew temu co sugeruje Prezes, nie ma nic wspólnego z wielkością rat odsetkowych. Czy tak skonstruowany kredyt złotowy nie jest produktem toksycznym? Jeśli Prezes miał jakieś wątpliwości, to należało skonsultować centralę Commerzbanku w Niemczech, gdzie takie wynalazki finansowe są wprost zakazane.

 

Kredyt złotowy waloryzowany wg mBanku, czyli co?

Ciężko też traktować serio przemyślenia pana Stypułkowskiego jakoby „o legalności prowadzonej działalności nie decydowało to, że jest ona opisana w ustawach i nimi wyraźnie dopuszczona, ale to, że nie jest zabroniona”. Po czym następuje przykład z klauzulą waloryzacyjną, która była „stosowana w obrocie gospodarczym na długo zanim zaczęto udzielać kredytów frankowych”. No Panie Prezesie – skoro odwołuje się Pan do historii bankowości w Polsce, to proszę to zrobić uczciwie! Czyli dokładnie, a nie wybiórczo.

Zatem przypomnijmy ową historię klauzuli waloryzacyjnej. Będzie troszkę długo, ale chyba warto. Faktem jest, że w Polsce przedwojennej, a i dużo wcześniej, w okresach niestabilności ekonomicznej, korzystano z różnej maści klauzul (np. zbożowych, towarowych, walutowych, klauzuli złota), by zabezpieczyć kapitał pożyczkodawcy przed utratą wartości spowodowanej inflacją. Faktem jest również, że już w Polsce powojennej, komunistycznej, w systemie bankowym stosowano wyłącznie nominalizm, a wszelkie umowy kredytowe z klauzulą walutową były niedozwolone. Jednym z nielicznych wówczas prawników, który podkreślał, że kredyt nie powinien się zmieniać w dotacją był prof. Andrzej Stelmachowski, który, w przypadku zobowiązań wieloletnich, wskazywał na konieczność odejścia od zasady nominalizmu na rzecz waloryzacji. Warto także przypomnieć rzecz niezmiernie istotną, którą pan Prezes raczył przemilczeć, że do roku 1989 w polskim systemie bankowym istniało wyłącznie stałe oprocentowanie. Stałe, czyli nie powiązane z żadnym miernikiem inflacji (typu wskaźnik GUS, czy WIBOR). Stałe oprocentowanie kredytów i pożyczek w dobie bardzo wysokiej inflacji (ponad 600% w roku ’89) przyczyniło się do tego, że społeczeństwu nie opłacało się oszczędzać w rodzimej walucie, a dolar sukcesywnie wypierał złotego. Przełom przyniósł kryzys ekonomiczny, Okrągły Stół i tzw. Plan Balcerowicza, który za pomocą 10 ustaw całkowicie zmienił system gospodarczy i bankowy naszego kraju. Wśród ustaw podpisanych przez gen. Jaruzelskiego w grudniu ’89 była m.in. ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych (Dz.U. 1989 nr 74 poz. 440), która przymusowo zmieniała warunki zawartych wcześniej umów kredytowych o stałym oprocentowaniu na oprocentowanie zmienne, oraz wiązała stopę oprocentowania ze stopą inflacji. Czyli krótko, w ’89 wprowadzono do systemu bankowego zmienną stopę procentową, która miała funkcję waloryzacyjną. Banki stosowały dodatnią realną stopę procentową (powyżej inflacji), ale regulowaną przez państwo. Stopa procentowa była zmieniana co miesiąc, dzięki czemu wreszcie oszczędzanie w rodzimej walucie stało się opłacalne.

O czym jeszcze Prezes nie wspomniał? Ano o ty, że wspomniana ustawa obligatoryjnie zmieniała zawarte wcześniej umowy, czy to się stronom podoba czy nie. I mimo tego, że wielu kredytobiorców na tym traciło (nie zawsze płace nadążały za inflacją), jakoś nikt z bankierów wówczas nie protestował. Ciekawe dlaczego?

Warto przypomnieć kolejną rzecz, którą pan Prezes przemilczał – zagadnienie powiązania zmiennego oprocentowania z klauzulą walutową. Otóż pierwszy wolny Senat, pod wodzą marszałka Andrzeja Stelmachowskiego, szybko zauważył, że w zobowiązaniach długoterminowych może zajść konieczność zwaloryzowanie nie tylko odsetek, ale i niespłaconego jeszcze kapitału. W kwietniu ’90 przyjęto „Uchwałę w sprawie projektu ustawy o usprawnieniu realizacji zobowiązań pieniężnych”, w której m.in. umożliwiono waloryzację kursem waluty, ale tylko w przypadku STAŁEGO oprocentowania[4]. Ówczesny Senat bardzo dobrze rozumiał waloryzacyjną funkcję zmiennego oprocentowania, dlatego wyraźnie rozróżnił: albo waloryzacja kursem waluty, albo zmiennym oprocentowaniem. I takie też było orzecznictwo sądowe z okresu wprowadzenie zmiennego oprocentowania. Np. w uchwale siedmiu sędziów (III CZP 141/91), sąd bardzo wyraźnie wskazuje, że klauzula walutowa pełni rolę zmiennego oprocentowania: “W wyniku negocjacji prowadzonych przez strony mogą być też zróżnicowane kryteria zmiany oprocentowania; np. w odniesieniu do kredytów udzielanych rolnictwu może być przyjęta tzw. klauzula waloryzacyjna zbożowa, a w odniesieniu do kredytów udzielanych przedsiębiorstwom tzw. klauzula walutowa.”

Więc jeśli dziś, pan Prezes mówi, że klauzule waloryzacyjne „stosowane były w obrocie gospodarczym na długo zanim zaczęto udzielać kredytów frankowych”, to oczywiście trzeba się z tym zgodzić, ale jednocześnie przypomnieć, że łączyły się one wyłącznie ze stałym oprocentowaniem. Zatem Panie Prezesie, jeśli kurs CHFPLN, to już tylko marża, a nie LIBOR + marża!

A jeśli dla Czytelnika jeszcze nie jest oczywista absurdalność łączenia waloryzacji miernikiem niepieniężnym[5] ze zmiennym oprocentowaniem, którego obrońcą jest pan Prezes, to bardzo proszę zrobić ćwiczenie umysłowe i zastanowić się jak powinien być oprocentowany kredyt waloryzowany ceną zboża? … No przecież nie WIBORem, bo klauzula zbożowa straciłaby wówczas sens! I właśnie dlatego prof. Andrzej Stelmachowski wskazywał na konieczność stosowanie stałego oprocentowania w kredytach waloryzowanych.

Kolejnym żartem, z którego korzysta pan Stypułkowski, tłumacząc stosowanie klauzul walutowych, jest wskazanie, że „podstawą prawną ich funkcjonowania jest zasada swobody umów określona w kodeksie cywilnym”. Niestety, bankierzy zawsze cytują tylko pierwszą część art. 353[1] KC, który stanowi, że owszem, „strony zawierające umowę mogą ułożyć stosunek prawny według swego uznania”, natomiast całkowicie zapominają o trybie warunkowym: „byleby jego treść lub cel nie sprzeciwiały się właściwości (naturze) stosunku, ustawie ani zasadom współżycia społecznego”. A cóż to jest ta właściwość, natura stosunku w umowie kredytu, dodajmy – waloryzowanego? Senat, we wspomnianej już uchwale z roku 90-go, sprawę wyjaśnia tak – skoro w warunkach inflacji zmienne oprocentowanie jest “loteryjne” (niestabilne, i może nie nadążać za inflacją), to warto “stworzyć możliwość bardziej stabilnego miernika wartości. Wybór należałby do banku”. Czyli, że naturą, właściwością kredytu waloryzowanego jest zaproponowany przez bank miernik, który lepiej (dokładniej) podążałby za inflacją, niż standardowe zmienne oprocentowanie. Jak to się ma do miernika zaproponowanego przez bank w postaci kursu CHFPLN, który jest odwrotnie proporcjonalny do inflacji w Polsce?!

Uważny czytelnik sam już musi ocenić, czy bardziej przekonuje go natura kredytu waloryzowanego oraz zasady współżycia społecznego reprezentowane przez marszałka Andrzeja Stelmachowskiego, profesora nauk prawnych, który jeszcze w czasach komuny jasno wyrażał się o potrzebie waloryzacji i ją świetnie rozumiał, czy wizja waloryzacji reprezentowana przez TW Michała, doktora nauk prawnych, który charakteryzuje się wyjątkowo wybiórczą pamięcią o historii bankowości (i nie tylko).

 

Tajemnica abuzywnego kredytu …

Żeby było jeszcze zabawniej, to dalej Prezes dzieli się z nami spostrzeżeniem, że wg niego „istotą kredytów z klauzulą waloryzacyjną jest to, że są one wypłacane w złotych, bo … w przypadku nieruchomości mieszkaniowych sprzedawca zawsze chciał otrzymać zapłatę w złotych”. No Panie Prezesie – nie! Po pierwsze, kredyty z klauzulą waloryzacyjną są z definicji kredytami złotowymi, niezależnie od natury transakcji (w przypadku zastosowaniu klauzuli zbożowej klient nie przynosi przecież do banku dwóch worków zboża, tylko złotówki). A po drugie, chcąc zachować poprawność, należy przypomnieć, że kredyty nie są w ogóle „wypłacane”, tylko udzielane. W kredycie (w odróżnieniu od pożyczki) bank nie pożycza pieniędzy, tylko „oddaje do dyspozycji kwotę środków pieniężnych”, a więc nie pieniędzy, rozumianych ustawowo jako znaki emitowane przez NBP. Owe środki pieniężne to możliwość realizacji przelewu, a więc bezgotówkowe rozliczenie zobowiązania klienta. Innymi słowy, bank bez konieczności angażowania pieniądza (z dokładnością do rezerwy obowiązkowej), wypisuje „elektroniczny czek”, i przelewa go do innego banku rozliczając zobowiązanie za nabyte mieszkanie. To “wypisanie czeku” przez bank jest formą kreacji pieniądza bankowego, zwanego też kredytowym, albo żyrowym, albo pieniądzem z powietrza. Bank jako jedyna instytucja może tak robić, i bank jako jedyna instytucja ma możliwość takiej księgowości, w której wypisany “czek” może być później zbilansowany “czekiem” uzyskanym od innego banku (który nota bene, też powstał w kredycie). Oczywiście, dzięki temu, że milcząco, a najczęściej nieświadomie, godzimy się na taki układ bank może zaoferować dużo korzystniejsze oprocentowanie (niż w pożyczce gotówkowej). Ale efekt jest taki, że żadnych prawdziwych złotówek, ani tym bardziej franków, bank klientowi nie wypłaci, bo ich po prostu nie ma.

Kolejne żarty Prezesa mają na celu obśmianie abuzywności zapisów umów, a więc, wyjaśnimy – stwierdzenia ich nieuczciwości i bezprawnego charakteru. Pan Stypułkowski nie może zrozumieć, że przed rokiem 2000 tabele walutowe ustalane dowolnie przez jego bank były OK, a teraz już sądy się „czepiają”. Jednak trudno nie zauważyć faktu, przed rokiem 2000 w zakresie wymiany walut banki pełniły rolę typowych kantorów, z których klient mógł, ale nie musiał skorzystać. Zatem ustalane dowolnie tabele wpływały wyłącznie na konkurencyjność oferty i liczbę zawartych transakcji. W zupełnie innej roli występują „ufrankowione” banki obecnie – gdy dowolnie ustalanymi tabelami wpływają zarówno na wartość zobowiązania (przy udzielaniu kredytów), jak i wielkość rat (przy spłacie). Jeśli Prezes nie może tego prostego faktu zrozumieć, to na pewno utrwalą mu to coraz liczniejsze wyroki sądowe przeciw jego bankowi. Może w końcu pan Stypułkowski pojmuje nawet, że realizacja umowy z wyłączeniem nieuczciwej klauzuli, nie zmienia charakteru kredytu złotowego waloryzowanego, który dalej pozostaje złotowym. I nie jest to jakąś nagrodą dla kredytobiorcy, tylko zasłużoną karą dla nieuczciwego profesjonalisty, obdarzonego mianem instytucji zaufania publicznego. Zamiast więc narzekać na restrykcyjność prawa i jednocześnie wydawać kwartalnie 150 mln złotych na reklamy oszukańczych produktów bankowych w mediach, sektor mógłby może przeznaczyć jeden promil tej kwoty na przygotowanie kilku wzorów uczciwych umów. Tylko tyle.

 

Prywatyzujemy zyski, nacjonalizujemy straty

Prezes mBanku nie omieszkał się też odnieść do kwestii korzyści banków związanych z kredytami frankowymi, przekonując usilnie, że banki nic nie zyskały na aprecjacji helweckiej waluty. Bo przecież „nie mogą spekulować walutą”, muszą się zabezpieczać, więc frankowe aktywa pokrywają „równoważną pozycją walutową”. Po pierwsze, bajka o zakazie spekulacji przez banki jest tak wiarygodna jak zeznania tajnych współpracowników SB. Banki spekulować mogą (nie ma formalnego zakazu), ale im się to po prostu nie opłaca ekonomicznie z uwagi na zdecydowanie wyższe wymogi kapitałowe. Po drugie, oczywiste jest, że banki na aprecjacji franka zyskały. Ale zyskały niebezpośrednio, o czym można przeczytać w publikacjach NBP. Zyskiem banków jest oprocentowanie kredytów od zwaloryzowanych, a więc wciąż rosnących sald. Po trzecie wreszcie, zgodzić się trzeba z jedynym prawdziwym twierdzeniem Prezesa, że jego bank nie zarabia dużo. Ale wynika, to tylko i wyłącznie z polityki samego pana Prezesa, który jak sam stwierdził w jednym z wywiadów, zabezpiecza kredyty frankowe linią kredytową od niemieckiej „mamusi” po koszcie efektywnym 10% rocznie. Choć równie dobrze mógłby obsłużyć je CIRSem oprocentowanym ujemnie (jak robią w innych bankach). Ale skoro Prezes koniecznie chce robić dobrze firmie-matce, to kto bogatemu zabroni?

Na koniec – jak zawsze u bankiera – następuje straszenie czarnym ludem, czyli „odwalutowaniem” i utratą oszczędności deponentów. Choć nawet przez myśl Prezesowi mBanku nie przeszło, by wyjaśnić Czytelnikom, że oszczędności deponentów służą tylko do zapewnienia płynności banku, a do zabezpieczenia obsługi ryzyka służy kapitał właścicieli. I to właśnie na nim uwidoczni się ewentualny efekt operacji.

 

Podsumowując – nie bardzo wiadomo w jakich kategoriach oceniać występ pana Stypułkowskiego. Bo jeśli to była groteska, to prezentowane żarty o finansach i podstawach bankowości szału nie robią. Trio z ZBP daje dużo lepszy popis. Ale jeśli to miała być fachowa opinia bankowca i prawnika … to cóż. Prezes Stypułkowski mówi sam o sobie, że zarabia tyle co piłkarz – i taki też niestety reprezentuje poziom, odnośnie rzetelnej wiedzy o prawie bankowym. Na szczęście polskie sądy już zaczęły odświeżać panu Prezesowi kompetencje 😉

A skoro sam Prezes zaczyna imiennie wywoływać “frankowiczów” walczących wyłącznie o przestrzeganie prawa, to znaczy że komuś pali się grunt pod nogami. Bo wyroków SOKiK oraz wyroków sądów powszechnych, które przyznały rację oszukanym na szwajcarskim przekręcie nie da się wymazać ani ukryć.


[1] Cezary Stypułkowski, Prezes mBanku “Franki – odpowiedź bankowca”, Rzeczypospolita z dnia 30.05.2016; http://www.rp.pl/Opinie/305309872-Franki–odpowiedz-bankowca.html

[2] NBP: „Należy podkreślić, że kredyt w walucie polskiej “denominowany lub indeksowany” w innej walucie niż polska, jest kredytem w złotych. Przyjęcie klauzuli indeksowej w postaci innej waluty (tak samo, gdyby indeksem była cena złota, zboża, czy innego dobra majątkowego) nie przekreśla faktu, że zobowiązanie zostało wyrażone w złotych”.

http://orka.sejm.gov.pl/Druki6ka.nsf/0/74B40D99361DC6CAC12578C60042584B?OpenDocument

[3] https://www.nbportal.pl/slownik/pozycje-slownika/kredyt-hipoteczny

Cytując za NBP: „kredytów walutowych zgodnie z prawem w Polsce nie ma”. Nie ma – bo polskie banki nie mogą kreować pieniądza kredytowego w walutach obcych, mogą tylko w złotych. Jeśli Prezes nie wierzy – to niech spróbuje otrzymać w polskim banku kartę kredytową rozliczaną i prowadzoną bezpośrednio we franku szwajcarskim. Powodzenia!

[4] https://bs.sejm.gov.pl/exlibris/aleph/a22_1/apache_media/VH136A7EPH7TSXAF75HPVCTBTJU6XC.pdf

Art. 2: “Banki mogą udzielać kredytów o STAŁEJ stopie oprocentowania przy uzależnieniu wysokości kapitału od innego niż pieniądz miernika wartości (klauzula zbożowa, klauzula złota, klauzula walutowa i inne).”

[5] Przypomnijmy – cena zboża nie jest pieniądzem. Podobnie kurs waluty jest miernikiem innym niż pieniądz (kurs waluty jest stosunkiem wartości dwóch walut o jednakowych nominałach, to cena waluty).