Pozew przeciwko skarbowi Państwa za zaniechania urzędów w związku z toksycznymi kredytami pseudowalutowymi

Kij w mrowisku. Ekspert kontra niema kamera.

Kij w mrowisku. Ekspert kontra niema kamera.

Zadziwiającym jest, jak agresywnie niektórzy eksperci i politycy zaatakowali temat „odfrankowienia” kredytów waloryzowanych waluta obcą, głównie frankiem szwajcarskim. Z ich wypowiedzi wyłania się prawdziwy armagedon, jak niewątpliwie nastąpi, jeżeli rząd zdecydowałby się na uporządkowanie spraw związanych z trzecim już przekrętem tego stulecia na kredytach „frankowych”.

Nie bez powodu określenie „frankowe” jest ujęte w cudzysłów – kredyty udzielane w latach 2005-2009 nigdy nie były i nie są kredytami walutowymi. To kredyty waloryzowane walutą, co oznacza, że zostały wypłacone w rodzimej walucie złotówce, a potem saldo długu zostało waloryzowane do wskazanej waluty obcej. Jak? Załóżmy, że kredytobiorca pożyczał 200.000 PLN. Bank wypłacał te 200.000 PLN, ale ustalił sobie wysokość długu dla kredytobiorcy dzieląc wartość wypłaconej kwoty przez kurs franka szwajcarskiego, który sam sobie ustalił. Nie był to kurs rynkowy waluty, ale własny arbitralnie ustalony przez bank, według zasad które nie były znane kredytobiorcy. Im niższy, tym lepiej dla banku, bo kwota długu wyrażonego w CHF była większa. Jeżeli przeliczyłby to po kursie średnim NBP 2,30, dług wynosiłby 86.956 CHF. Ale bank stosuje kurs kupna 2,15 i wtedy dług kredytobiorcy wynosi już 93.023 CHF. Drobne 15 groszy różnicy i niedrobne 6.066 CHF więcej na korzyść banku, do spłacenia przez kredytobiorcę wraz z rosnącymi od tej różnicy odsetkami. Czyli dług przez manipulację kursem franka jest wyższy o prawie 7%.

Oczywiście kredytobiorca spłaca raty po kursie sprzedaży, czyli np. 2,45. Jeżeli kredytobiorca chciałby spłacić kredyt 2 dni po jego wzięciu, musiałby wyłożyć 93.023 CHF * 2,45 = 227.906 PLN. Bo bank w drugą stronę stosuje kurs sprzedaży, również ustalany arbitralnie, kredytobiorca nie wie, jak ten kurs jest ustalany. I o to właśnie chodziło – miał nie wiedzieć.

Jeżeli ktoś miał w umowie zagwarantowane “zero prowizji za uruchomienie kredytu”, to informujemy, że zero równa się 7% wartości kredytu. I stąd były możliwe niebotyczne prowizje dla doradców sprzedających kredyty “frankowe”, sięgające kilku tysięcy PLN. Było się czym dzielić, przy pełnej nieświadomości kredytobiorcy, że on to kredytuje.

Główny analityk Xelion, pan Piotr Kuczyński w programie TVP Info „Minęła dwudziesta” twierdzi, że propozycja odfrankowienia kredytów uderzy w gospodarkę. Chwilę później zniszczy rynek pracy dla młodych. Podpiera to silnym argumentem „bo znam się na działaniu rynków finansowych”. Chwilę później dodaje (w odniesieniu do propozycji kandydata na prezydenta) odnośnie przywrócenia poprzedniego wieku emerytalnego „gdybyśmy cofnęli wiek emerytalny, to rynki finansowe zmieniłyby premiera, zaatakowane byłyby nasze obligacje”. Kontrargumentów nie było, bo ekspert rozmawiał z … kamerą.

Cóż, zawsze uważałem, że premiera w pewnym sensie wybiera naród. Od dzisiaj wiem, że międzynarodowa finansjera. Czy mi to odpowiada – raczej nie. Bo to by oznaczało, że mój głos jako wyborcy w zasadzie zupełnie się nie liczy.

Zapytany o kredyty „frankowe” ekspert od razu odpowiada – ale przecież kredyty są też złotówkowe. Wiemy, że są, ale co ma jedno do drugiego? I właściwie czym się różnią jedne od drugich? Przecież kredyty „frankowe” też są złotówkowymi – były wypłacone w PLN, raty są spłacane w PLN, hipoteka zabezpieczająca jest wyrażona w PLN, czy to nie są atrybuty kredytu złotówkowego?

Straszakiem przeciwko „odfrankowieniu” kredytów

ma być troska o straty i stabilność sektora bankowego – banki poniosą straty 40 mld złotych, trzy z nich mogą tego nie wytrzymać i upadną, bo tak mówią analizy. Czy możemy prosić o nazwiska osób, które tą analizę przygotowały? Kto i jak wyliczył, że to będzie akurat 40 mld, a nie 50 mld? A może 20 mld? A może zero? Analizy mają oparcie w liczbach czy był to rzut kostką o ściankach znakowanych dziesiątkami od 0 do 50, a niektórym wypadła czterdziestka? I właściwie w czym jest problem, że kłopot mogą mieć niektóre banki, które bez opamiętania udzielały tych kredytów, głównie w latach 2007-2008? Bo znając inne analizy, można mieć niemal pewność, że te kredyty nigdy nie powinny być udzielone. A przedsiębiorca, jakim niewątpliwie jest bank ponosi ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej. Szczególnie, jeżeli umowy są obciążone niedozwolonymi zapisami umownymi (tzw. klauzule abuzywne). Zgodnie z polskim prawem, klauzule abuzywne w umowie są bezskutecznie (nie istnieją w niej) od początku, od momentu podpisania umowy. Wobec części zapisów umownych, znajdujących się w prawie wszystkich umowach o “frankowe” kredyty hipoteczne polskie sądy orzekły, że są abuzywne. I co? I nic, banki nadal wykonują umowy obciążone poważną wadą prawną jakby nic się nie stało. Bo sąd im nie powiedział, co mają z tym zrobić. Litości.

Z analiz wynika zaś niezbicie, że banki nie poniosły żadnego ryzyka w związku z udzielaniem kredytów „frankowych”. Bank działa jako pośrednik – od jednego pożycza na niski procent, aby dać drugiemu na wyższy. Różnica w oprocentowaniu * wysokość kredytu = zysk banku. Przyjmując, że banki miały CHF w wystarczającej ilości, aby pokryć koszt akcji kredytowej w tamtych latach, zarabiają obecnie 2x więcej niż na początku akcji kredytowej. Zakładając, że jednak nie miały CHF i pożyczyły je od innych zagranicznych banków, działając jak wielki kantor zamieniły na PLN i wypłaciły je w formie kredytów złotówkowych, nadal nie ponoszą żadnego ryzyka. Zarabiają na różnicy pomiędzy kosztem pożyczki a narzuconym oprocentowaniem – stała marża banku. Plus dodatkowy, zakwestionowany już w wielu wyrokach sądowych jako nieuzasadniony zysk na spreadzie (mechanizm opisany w tym artykule).

Wracając do eksperta – stwierdził on, że banki tracą 40 mld, trzy banki zbankrutują, oberwie OFE czyli emeryci, banki będą zmuszone przykręcić kurek z kredytami i podniosą ceny, młodzi ludzie stracą pracę, wzrośnie bezrobocie, oberwie gospodarka – czyli nastanie armagedon. Zaczynam patrzeć na zbierające się chmury i się zastanawiam – czy „odfrankowienie” raptem 500 tysięcy kredytów wpłynie również na temperaturę powietrza i ilość opadów? Jak dobrze się zastanowić, skoro finansjera potrafi ustawić premiera, może i chmury będzie umiała nagonić? Czy ten cały armagedon to nastąpi tak sam z siebie, czy również zapewniłaby go nam międzynarodowa finansjera?

Założenie, jakie przyjął sobie ekspert jest takie, że na 500 tysięcy kredytów, źle spłacanych jest tylko 11 tysięcy, garstka. W wersji bardzo pesymistycznej 100 tysięcy. I przekłada to na elektorat, o jaki walczy kandydat na prezydenta. Reszta kredytobiorców „frankowych” radzi sobie ze spłatą tych kredytów, więc wg eksperta na pewno na tego kandydata nie zagłosuje. Bo jeszcze nie klęknęli? Bo jeszcze nie mają problemu ze spłatą? Dlaczego w ogóle rozmawiamy o kandydatach na urząd, a nie o problemie toksycznych kredytów? Ekspert jest od ekonomii czy od polityki?

Czuję się kompletnie nieprzekonany, że odfrankowienie kredytów mogłoby tak poważnie zachwiać stabilnością naszego pięknego kraju. Tym bardzie w kontekście tego, że wiele obietnic wyborczych jest dużo kosztowniejszych. I przede wszystkich – koszt tej operacji absolutnie nie przenosi się na budżet państwa. To banki mają ponieść konsekwencje nieodpowiedzialnej sprzedaży produktów finansowych, będących instrumentami finansowymi o wysokim stopniu ryzyka, kompletnie niedopasowanymi do przeciętnego konsumenta.

Ile godzin trwały szkolenia prowadzione przez banki dla kredytobiorców „walutowych” w temacie ryzyka kursowego, instrumentów finansowych i ryzyka inwestycyjnego … zaraz, inwestycyjnego? Przecież to nie giełda, nie forex. Ekspert nazywa kredytobiorców „garstką, która brała kredyty, żeby na nich zarobić”. Nie można się zgodzić z tym stwierdzeniem. Nikt kredytu hipotecznego nie brał w celach zarobkowych. Konsument nie przyszedł inwestować ani grać na walucie. Przyszedł wziąć kredyt na mieszkanie. I żaden z „frankowiczów” nie chce pomocy finansowej od państwa. Wszyscy „frankowicze” oczekują pomocy prawnej i tego, aby istniejące prawo w końcu zaczęło być przestrzegane. Biorąc powyższe pod uwagę, koszt „odfrankowienia” kredytów dla budżetu państwa wyniesie ZERO.

A szkoleń dla kredytobiorców żadnych nie było. Była 30-minutówka sam na sam z doradcą kredytowym, dobrze przeszkolonym, co  ma mówić o produkcie. Unikającym pewnych słów-kluczy (lista słów zakazanych była podawana na szkoleniach, do nauczenia na pamięć).

Węgrzy rozwiązali problem kredytów „frankowych” definitywnie. Wiele o tym pisano, straszono konsekwencjami takiego działania. Jaki jest efekt końcowy? Nic z tych „strachów” się nie sprawdziło, a Węgrzy od przyszłego roku obniżają podatki. Wiele innych krajów europejskich również rozwiązało ten problem. Czas na nas.

Marek Belka dla Bankier.pl: Kredyty frankowe muszą zostać przewalutowane na złote

Wyrok sądu: Kredyt we frankach wart tyle, ile klient dostał w złotych