Zapraszamy na bezpłatne konsultacje i zachęcamy do wsparcia naszych działań

Ekonomia, logika i praworządność. Jak  połączyć z frankiem?

To rzadkość, by w niedługim artykule dało się pomieścić i etykę i  logikę z ekonomią i praworządnością! I nie lada wyzwanie dla finansisty! Trzeba przyznać, mamy w tych dziedzinach   luki percepcyjne, więc niełatwo je łączyć. Autor  użył  do tego kredytów  walutowych, czym sobie ułatwił, bo ani banki ani sądy problemu z tym nie mają.   Podaje ciekawe przykłady, zapewne dla ożywienia   materii. A różnice w rozumieniu tych pojęć prowadzą do szkodliwych społecznie wniosków, o czym świadczą niezrozumiałe decyzje sądów, czyniąc zamieszanie, głównie w ekonomii! Niestety takich decyzji przybywa, „kto milczy ten się zgadza”, podkreśla autor. Trudno zatem milczeć!

Polemika do artykułu prof. K. Kalickiego (DGP nr 7 z 13.01.2021)

Autor felietonu: Ireneusz Łazarski, Biegły rewident, prawnik, Absolwent ekonomii i finansów, Georgetown Univ, Washington D.C.

Zacznijmy od praworządności, dzieląc ją, dla ułatwienia, na dwa wyrazy. Mamy  tym sposobem „rządność” bo prawo to prawo, nie lewo, czy coś  co z tym się kojarzy! Np. prof.  Ewa Łętowska pisze te swoje „wykładnie”, ludzie pojmują je słabo albo  wcale,  dopada tzw. biegunka prawna, w kręgach zwana paragrafiarstwem. Jeśli tak będzie ewoluować prawo,  to wszyscy stracą cierpliwość i zajdzie konieczność jego  uporządkowania za jednym posiedzeniem.  Prof. Łętowska wskazuje na brak praktyki orzeczniczej i woli rozstrzygania, natomiast autor na jej nadmiar,  wynikający z niezrozumienia i swobody sądów, co wprowadza  w bankowości niepewność i „nie służy społeczeństwu”. Nie służy też np. art. 417 kc i reforma  to niewątpliwie zmieni. A rządność to: skuteczność, lojalność, autorytatywność…,rozumie to każdy. Jej niedostatek prowadzi   do „katastrofalnych skutków ekonomicznych będących efektem wątpliwych prawnie decyzji sądów,  prowadzących do uzyskania niemal za darmo mieszkań i nieruchomości przez jakichś kredytobiorców walutowych”.

A jeszcze niedawno (26.10.2020 w Rzp) autor pisał o „znaczącej ich roli dla gospodarki, rządu i systemu bankowego oraz  bezpodstawności oskarżeń wobec banków”. No i kłopot: walutowcy to  dobrze, czy źle?. Brali te dolce, ojro, franki; a teraz muszą oddać z procentami, nawet bez klauzul. A „ograbić banki” to chcą  frankowicze! Tak pan pisał, Profesorze! A prezes  KNF ostrzegał: „(…). Banki przegrywają masowo na podstawie orzeczenia TSUE, (…) więc  nie można biernie czekać na dalszy rozwój sytuacji, w tym linii orzeczniczej sądów”. Frankowicze dostali tanie kredyty, nie po to, by wyręczały ich  sądy! My wypłacone  złote przerobiliśmy w ich interesie na franki, przez co są bogatsi (mają droższe mieszkania), wzrasta PKB, mamy na 500+, na Centralny Port, Mierzeję, nawet NBP ma ich „nieprzebrane ilości”, o czym z dumą wspominał prezes. Przecież spłacali  te zawyżone raty i odsetki, a  przez jakieś TSUE  mają  przestać?  Toż to  herezja  – tak jeden z doradców!  Musimy strzec tradycję  i trzymać się  zasad, np. tych wyrytych w stelli: „ Mądry zarządca nakazał: ład zaprowadzić (wśród) ludu, niezadowolonych uciszyć, dobre obyczaje dać poznać, prawo i sprawiedliwość w usta kraju włożyć,  dobrobyt ludowi zapewnić, niezadowolonych uciszyć, złych i nikczemnych wytracić”. A póki co, lobby frankowe liczy na okazje, by „zabrać majątek bankom”. Czasy Kwinta i jemu podobnych się skończyły. Jest  prawo, i „rządność”,  którą frankowicze mylą z żądnością.

W temacie logiki autor wspiera się historią i zaczyna od czasów „pojawienia się wymiany towarowej, ryzyka i jego konsekwencji”. Prawnicy nie rozumieją ryzyka, bo dla nich i tak każda sprawa to w 50% wygrana. Ryzykować, by owe 50% podnieść do 60%?  Do XIX wieku był porządek, z jednym wyjątkiem „ Jeśli oberżystka (…) wartość piwa  obniżyła albo napiwek wzięła, (…) do wody wrzuci się ją”, co słuszne do dziś.  Nie było nadwyżek towarów, bo nie było też UOKiKów,  inspekcji  i innych uciążliwości. Kupiec sprzedał wszystko, aż znaleźli się tacy, którzy  publikując nazwy firm, wyłudzali pieniądze. W  USA już w XIX w.  zaczęło tak robić państwo, jakoby chroniło konsumentów. Dziś ten proceder rozlał się na cały świat; na szczęście częściowo  nas ominął.  Skończyła się równowaga, klienci kupują niechętnie, wymuszają tanie kredyty,  i narzekają. Producenci zaś muszą przestrzegać dziwnych norm, płacić odszkodowania, a bankowcy konkurować między sobą i  obniżać procenta; o  indeksacjach itp. procederach strach nawet myśleć. Tak jest w Ameryce od wieku, a w Unii od 1993 roku. Ale to nie powód, by  miało być tak u nas; by  samozwańcza grupa mogła pozbawić banki majątku !

Nielogiczny, zdaniem autora, jest brak rozumienia sądów, że udzielenie kredytu frankowego   i płatności walutami albo ich zakup to identyczny mechanizm.  Jeśli Polak zapłacił Niemcowi kartą za piwo, to bank, jak kredytobiorcom, także  dolicza marżę i spread! Niestety różnica jest, i to ważna. Zakupy, towarów, usług, walut, to transakcje rzeczywiste, czego nie można powiedzieć o kredytach frankowych, w których rozliczenia walutowe to zapisy sztuczne, za którymi nie ma nic!  Wszyscy wiedzą, że do powielania złotego nie są niezbędne waluty obce, wystarczy indeks jako mnożnik.  W umowach indeksowanych, tenże frank nie pełni  żadnej innej roli. Gdyby ów piwosz miał  euro  to bank nie miałby co i jak doliczyć.  Euro w Polsce  to dla banków utrata „narodowych” wartości , jak prowizje, spready od zagranicznych zakupów.  To UE winno przyjąć  naszego  złotego!  – tak sobie duma prezes GPW, czym raduje prezesa! A sądy rzeczywiście nie jarzą prostych zależności, ale rozstrzygają, może zgadują?. Czytając zebraną makulaturę wyśledzili, że te  kredyty „frankowe” to jednak złotowe. Pytają więc banki, skąd  ten „doczepiony franek”, a one, że (…) sądy nie rozumieją ekonomii”. Czy któryś z banków próbował  to wytłumaczyć? Nie da się? Wydawało się, że  banki posiadły „know how” Midasa, albo inne tajemne cuda?. Dopiero w 2019 roku, TSUE, wszystko zburzyło stwierdzeniem: „cudów od 2000 lat nie było i nie ma, ktoś musi płacić!” I odtąd sądy dostrzegły, że do wpłat/wypłat dopisuje się „instrument”, który ma mnożyć  złotówki, .  I te zapisy tworzą   jakąś pozycję  „długą”, a u klienta „krótką”, a z tym nie wiąże się żadna transakcja, czyli zapisy normalnie zbędne, nawet niedopuszczalne. Z tymi pustymi zapisami były  problemy, bo taki Kwaśniak coś kumał, więc go, wraz z całym KNB, pozbyliśmy się. Powołaliśmy KNF, które do sprawy podeszło konstruktywnie twierdząc:„nie możemy  ludziom bronić dostępu do tanich kredytów. Dopiero TSUE   popsuło wypracowaną równowagę i sprawa się „rypła”.

Jeśli  bank ponosi koszty  pozyskania funduszy na kredyty, to nie ma to związku z umową o kredyt. Koszty te stanowią marżę banku. Skoro kredyt wypłacono w PLN i spłacano w PLN, to wszystkie zapisy walutowe, dopisane do konta rozliczeniowego z klientem są albo nieprawdziwe, albo nie dotyczą kredytobiorcy. Łatwo to wykazać, bowiem  wypłacając kredyt w PLN, bank zapisuje u siebie pozycję długą (aktywo), a tu dodatkowo zapisuje drugą –  we franku. Pierwszy zapis jest prawdziwy, ale drugi nie, bo wskazuje, jakoby bank kupił od klienta CHF a w zamian bank wypłacił złotówki. Nie kupił, więc ten pierwszy zapis indeksacyjny jest nieprawdziwy. Nie ma dokumentów potwierdzających proces przygotowania, zatwierdzania i promowania owych konstrukcji kredytowych. Byłoby interesujące znaleźć, czy banki naprawdę zakładały, że owe kredyty będą sprzedawane znacznie poniżej ceny rynkowej. Ale  umowy wraz z historią kredytu pozwalają odczytać konsekwencje podjętych decyzji. A sądy rozstrzygały bez znajomości ekonomii, i o dziwo doszły do wniosku, że indeksacja to nie to samo co wydatek w walucie obcej. Słowa uznania należą się pani sędzi z Warszawy, z której uzasadnienia mogliby się uczyć ekonomiści.

Autor artykułu całą kolumnę poświęcił kursom walut, twierdząc, że  są one prawidłowe, banki mają prawo na walutach zarabiać itd. a tego nie rozumieją sądy!  Ale zrozumiały, że: „skoro banki wypłaciły kredyt w złotówkach,  nie powinny mieć prawa do  stosowania różnych kursów przy wypłacie i spłacie kredytu  tylko po to, by indeksować (czytaj: namnażać) złotówki, niebędące ani odsetkami ani prowizją ani spłatą kredytu, więc  niezgodne z art. 69 prawa bankowego”.  A  na dodatek złotówki zmieniają się we franki jak u  Midasa.  Nie dotyczy to zwykłych transakcji kupna lub sprzedaży walut, bo to operacje rzeczywiste, a tam, jak wiemy – cudów nie ma, ale  przy indeksowaniu i owszem. Wszystkie informacje do klientów są w walucie obcej, jakby złoty w ogóle znikł.   Więc może  rację ma prof. Kalicki, że  banki złotówek  w ogóle nie miały? Mogło tak być, bo jak wieść niesie, za Balcerowicza w bankach było tak, że niektórym szefom banków  mieszały się i kraje i waluty i frankowicze z walutowcami i złotówkowiczami.

A sądy wydają nadal decyzje wbrew wiedzy ekonomicznej, prawu finansowemu,  konstytucji i interesom naszego postępowego społeczeństwa.

Z publikacji nasuwa jeden doniosły wniosek: to my, jak w zwalczaniu pandemii, robimy wszystko „fenomenalnie”, z oporem przywracając  porządek.  A świat  za nami nie nadąża: robi źle, jest nieuczciwy, łamie prawa ekonomii, sądy podejmują abstrahujące od zasad ekonomii wyroki, wywłaszczają,  przerzucają  koszty na akcjonariuszy, deponentów, kredytobiorców złotowych itd., więc za te wpływowe, lobbystyczne i polityczne  grupy płacą miliony ludzi. W skrajnych przypadkach straty wynoszą ponad 100% udzielonych kredytów, następują  kryzysy gospodarcze i trudne do  zahamowania krachy  finansowe!

Myślę, że zabrakło tu  nieco skromności. A może na problem frankowiczów, spojrzeć inaczej, niż opisuje prof. Kalicki, bardziej realnie:  To nie żadne wpływowe lobby czy grupy politycznego nacisku, tylko przeciętni dorobkiewicze, którzy skorzystali z bankowej oferty taniego kredytu, którego wzorzec opracowały banki. Proszę przypomnieć, że specjaliści, w tym tenże Balcerowicz, już w końcu 2015 roku wnosili o zwiększenie rygorów ostrożnościowych. Jak przeciętny kredytobiorca mógł nie skusić się na kredyt, który prezentowany był jako znacznie tańszy od innych?  Rozpędzono KNB, powołano KNF, która do 2011 roku nie zrobiła nic!

A czy banki oferując bardzo niskie oprocentowanie, robiły to w interesie akcjonariuszy? Chyba oni też musieli wiedzieć, że z tym niskim oprocentowaniem to lipa, w przeciwnym wypadku wyrzuciliby wszystkich prezesów i managierów.   Jak zareagowaliby, gdyby owe kredyty zaprezentowano tak jak klientom?  Interesujące byłoby ujrzeć dokumentację ich opracowywania, zatwierdzania i wprowadzania do obrotu! Może  banki  zechciałyby  pokazać dokumenty, że to prof. Kalicki ma rację  a nie sądy, czy pismaki.  A gdyby nie wszystko było do zrozumienia, czy banki łaskawie  umożliwiłyby  przejrzeć oferty dot. przesunięć/odroczenia spłat rat (np. miniratki)?  A także  proces ich sprzedaży, bo sprzedawano je tym, których udało się przekonać. Zapraszam do współpracy, by przedyskutować  schemat działania owych miniratek i indeksowania. Kredyty  indeksowane to wyłącznie złotowe, w których świadczenia stron były spełniane w złotych. Nie można  ich utożsamiać z kredytami walutowymi (w walut obcych), bo w nich nie ma klauzul indeksacyjnych. A jeśli w nich także są, to niezmiernie interesujące byłoby uwidzieć jak  owe kredyty  są indeksowane do PLN i rozliczane  w oparciu o . indeks pary CHF/PLN.

 

 

Ireneusz Łazarski ,

prawnik, biegły rewident,

absolwent ekonomii i finansów,

Georgetown University, Washington DC.