Pozew przeciwko skarbowi Państwa za zaniechania urzędów w związku z toksycznymi kredytami pseudowalutowymi

NIE – dla ustawy „przemocowej”

Autor: dr hab. Tomasz Nowak

Banki muszą kraść dalej, bo respektowania prawa przez państwo byłoby zbyt kosztowne dla gospodarki i społeczeństwa – twierdzi krypto-lobbysta, syn euro-posła PIS.

W ostatnich dniach „niezależny ośrodek analityczny”, który nazwał się dumnie Instytutem Jagiellońskim (IJ), opublikował wynik sondażu, z którego wynika iż ustawa „przemocowa” Andrzeja Dudy jest nieakceptowana przez znaczną cześć Polaków. Jest to znaczny odsetek (37%), choć nie, jak błędnie podaje IJ – „większa część Polaków”.

Natomiast zadziwiająco niski jest odsetek respondentów, którzy twierdzą, że państwo zasadniczo nie powinno pomagać kredytobiorcom w spłacie kredytu (tylko 51%). Zwolennikami pomocy jest aż 41% Polaków. To dużo. Świadczy to o tym, iż socjalna polityka prowadzona przez PIS powiększa stopniowo roszczeniowe oczekiwania rodaków wobec partii rządzącej. Można mieć tylko nadzieję, że taka polityka szybko się zemści.

I to właściwie są jedyne wnioski, które można wyciągnąć z cytowanego badania. Pozostałe kwestie podnoszone przez IJ – zwłaszcza w odniesieniu do problemu tzw. kredytów frankowych – wynikają wyłącznie z zastosowania błędnej metodologii i nieuprawnionych supozycji. Wbrew stanowisku licznych instytucji państwa polskiego (m.in. NIK, UOKiK, RzFin, wyroków sądów powszechnych wspieranych przez Dyrektywy i orzecznictwo UE) „niezależny ośrodek analityczny” niesłusznie przyjął, iż respektowanie prawa przez państwo polskie jest jakąś nieuprawnioną pomocą, a nie konstytucyjnym obowiązkiem państwa wobec własnych obywateli. Co więcej – ów „ośrodek analityczny” zasugerował, że przestrzeganie prawa w naszym kraju wiąże się z „wysokimi kosztami, które poniosłaby prawdopodobnie cała gospodarka kraju, społeczeństwo, banki i wszyscy klienci”.

Przez szacunek dla inteligencji czytelnika, nie będziemy komentować powyższego. Za najlepszy komentarz niech posłuży niedawna opinia jaką przedłożył Polski Komitet Energii Elektrycznej (wspierany przez państwowe spółki energetyczne: PGE Polska Grupa Energetyczna, Enea, Energa, Tauron), do innego raportu prezentowanego przez IJ, a dotyczącego tematyki energii (to drugi, oprócz sektora bankowego, obszar działalności IJ):  „Polski Komitet Energii Elektrycznej (PKEE), jako reprezentant największych spółek sektora elektroenergetycznego w Polsce, wyraża głębokie zaniepokojenie treścią analizy Instytutu Jagiellońskiego. […] Publikacja ta zawiera w naszej opinii szereg manipulacji i nierzetelnych informacji oraz prognoz, a zawarte w niej twierdzenia są niejednokrotnie niedokładne, a w wielu przypadkach nieobiektywne”, [1].

Czytelnikom, którzy zachodzą w głowę cóż to za „niezależny ośrodek analityczny”, który rzucił rękawicę państwom spółkom energetycznym (raporty dotyczące energii) oraz zdrowemu rozsądkowi i Konstytucji (raporty dotyczące sektora bankowego), śpieszymy donieść, iż ów „Instytut Jagielloński” nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek poważnym ośrodkiem badawczym. Prezes instytutu jest nieznany specjalistycznym wyszukiwarkom naukowym (zerowa liczba publikacji naukowych i cytowań). Newsweek kojarzy go bardziej jako połączenie Misiewicza i męskiego pierwowzoru „sióstr Godlewskich polskiej bankowości” [2]. Natomiast sam „instytut” to śmiesznie małe przedsięwzięcie rodzinne, którego celem są bliżej niekreślone działania „doradcze w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej i zarządzania”.

Ponieważ – co potwierdzają poważne spółki państwowe – wiarygodność „instytutu” jest bardzo wątpliwa, dlatego Stowarzyszanie Stop Bankowemu Bezprawiu zrealizowało własny sondaż, głównie w oparciu o grupę swoich sympatyków. Poniżej prezentujemy główne wyniki badania. I tak:

  • 89% wszystkich respondentów uważa, że egzekucja obowiązującego prawa (w tym bezwzględna penalizacja oszustw bankowych) jest konstytucyjnym obowiązkiem państwa, a nie „pomocą”. Pozostali respondenci (11%) mieli kłopot z definicją terminu „penalizacja”.
  • Na pytanie prostsze – czy zgadzasz się z posłem Sasinem, że „… obywatele mają prawo oczekiwać, że państwo będzie prawo egzekwować, … jeśli doszło do złamania prawa, to muszą instytucje państwa na to zareagować. … przy zawieraniu umów na tzw. kredyty frankowe doszło do rażącego złamania polskiego prawa”? – twierdząco odpowiedziało 92% badanych. Osiem procent nie zna posła Sasina, lub nie chce go znać.
  • 83% respondentów uważa, że sformułowanie „pomoc frankowiczom” jest przejawem mowy zakłamanej, podobnie jak „polskie obozy śmierci”, czy „polski holocaust”, które powinny być wyrugowane z przestrzeni medialnej.
  • 67% Polaków z wykształceniem podstawowym rozumie, że nieuczciwa umowa może być nieważna z mocy prawa (nie istnieje od początku). Zdecydowana większość kredytobiorców z wykształceniem ponadpodstawowym (95%) zna pojęcia „abuzywności” oraz nieważności „ex lege, ex tunc”. 88% kredytobiorców rozumie, że bezprawnych zapisów nie można zastępować sądownie, gdyż niweczyłoby to penalizacyjny charakter unijnej Dyrektywy 93/13.
  • Ponad 90% Polaków uważa, że państwo nie powinno pomagać bankom. 94% wskazało, że właściciel banku GetIn powinien płacić z własnej kieszeni za kłopoty swojego przedsiębiorstwa. Podobnie, 92% respondentów jest zdania, że to właściciele „ufrankowionych” banków powinni ponosić koszty własnych błędów oraz nielegalnych praktyk.
  • Dwie-trzecie respondentów ma świadomość, że Unia Europejska nałożyła na państwa członkowskie obowiązek zapewnienia, by skutki złego zarządzania bankiem ponieśli w pierwszej kolejności właściciele (akcjonariusze) banków, a nie społeczeństwo czy deponenci.
  • 67% Polaków jest skłonna zmienić bank, w przypadku gdyby ich dotychczasowy bank w nieuzasadniony sposób podniósł koszty obsługi lub zaproponował kredyt na zasadach niekorzystnych (nierynkowych).
  • 75% frankowiczów zauważyło, że publikacja Instytutu Jagiellońskiego zbiegła się w czasie ze skargą, którą sześć central zagranicznych banków komercyjnych złożyło na Polskę do KE w Brukseli. Dla 68% badanych ta koincydencja nie jest przypadkowa.
  • 92% ekspertów energetycznych (pracujących w sektorze) oraz 89% pozostałych ankietowych uważa, że działalność Instytutu Jagiellońskiego jest sponsorowana przez prywatnych inwestorów związanych z energią odnawialną oraz przez sektor bankowy, a publikacje IJ są często manipulowane i nierzetelne.
  • 98% badanych oczekuje, że raporty „niezależnego ośrodka analitycznego” powinny być zaopatrzone w jasną informację o źródłach finasowania – jak to ma miejsce w przypadku standardowej procedury publikacyjnej.
  • Dwie-trzecie (67%) frankowiczów nie zagłosuje ponownie na PIS, gdyż „obywatele mieli prawo oczekiwać, że państwo będzie prawo egzekwować, … jeśli doszło do złamania prawa, to muszą instytucje państwa na to zareagować … a przy zawieraniu umów na tzw. kredyty frankowe doszło do rażącego złamania polskiego prawa”.

Analizując krótko wyniki zrealizowanego badania, Stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu pragnie wskazać na następujące problemy natury ogólnej:

 

  1. Rząd opodatkował nierząd

Sytuacja wygląda następująco: zgodnie z raportem Najwyższej Izby Kontroli „Państwo pozwoliło bankom na zbyt wiele”. W efekcie czego „zawartych zostało blisko milion umów kredytów”, przy udzielaniu których „miały miejsce niewłaściwe praktyki banków, w tym zawieranie w umowach kredytowych niedozwolonych postanowień umownych”. I dalej: „Problem ten powinien zostać rozwiązany w drodze ustawowej”, [3]. Jednocześnie wszystkie agendy państwa (włączając Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Finansowego, UOKiK i inne) zgodnie podkreślają, że nieuczciwe zapisy nie obowiązują „ex lege, ex tunc” – a więc z mocy samego prawa, od początku. Co więcej, także Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jak i sam Komisja Europejska wielokrotnie przekonywali, że „jeśli zawarta przez Ciebie umowa zawiera nieuczciwe postanowienia, nie wiążą Cię one – a jeśli pozbawiona takich nieuczciwych postanowień umowa nie może zostać wykonana, wówczas jest w całości niewiążąca”, [4]. Dla Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta obecność zapisów nieuczciwych w umowach, które istnieją w obecnie obiegu gospodarczym, jest faktem notoryjnym, powszechnie znanym. Dlatego urząd nakłada wielomilionowe kary na banki. Natomiast partia rządząca, … nie dość że nie podejmuje żadnych działań mających na celu respektowanie prawa, obrażanego w Polsce na ogromną skalę (blisko milion nielegalnych umów), to jeszcze bezczelnie zarabia na nakładanych karach oraz podatkach pobieranych od nielegalnych zysków.

Bo albo państwo twierdzi, że pewne działanie są nielegalne i je bezwzględnie ściga, albo pobiera podatki, bo sektor bankowy działa uczciwie. Trzeciej możliwości nie ma. A Morawiecki nie może być „trochę dziewicą”.

Sprawa kolejna – Stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu wielokrotnie w swoich publikacjach podkreślało, że pobieranie przez banki tzw. spreadu walutowego w umowach kredytowych jest absolutnie niedopuszczalne. I świadczy o tym zarówno literalne brzmienie art. 69 pb po nowelizacji (jest „kurs”, a nie ”kursy”), jak i jednoznaczne orzecznictwo TSUE. KNF w roku 2015 wyliczył, że zarobek na spreadzie to min. 15 mld-ów zł. Strona społeczna zwróciła się do Komisji Nadzoru Finansowego z prośbą o interwencję, bo to właśnie KNF sprawuje ustawowy nadzór na respektowaniem prawa bankowego w Polsce. Odpowiedź nadzorcy była taka, że … prawo bankowe nie jest jednoznaczne w tym względzie. I znowu pytanie retoryczne – skoro nadzorca nie wie, lub nie chce wiedzieć, jak interpretować prawo w Polsce, to w jaki sposób sprawuje nadzór? Co nie przeszkadza państwu pobierać podatek od nielegalnego spreadu.

Poruszana kwestia nie jest czysto teoretyczna. Na Węgrzech rząd wymógł poszanowanie prawa przez oszustów bankowych, ale jednocześnie oddał podatek pobrany od nielegalnych, a więc nieistniejących prawnie operacji. I tak właśnie należy rozumieć prawo i sprawiedliwość. Co więcej – Trybunał Praw Człowieka w pełni poparł takie działanie, a lamentujące banki odprawił.

 

  1. Brak identyfikacji problemu

Mimo kilkuletniej już „walki z tematem frankowym”, wciąż brakuje podstawowych, wręcz fundamentalnych informacji o źródłach problemu. A źródła problemu są dwa – prawny i ekonomiczny. Ten pierwszy jest w istocie prosty, bo sprowadza się do analizy, czy mechanizm „zamiany” (obniżenia) oprocentowania w kredytach złotowych w zamian za przyjęcie ryzyka kursowego, jest instytucją waloryzacji (dopuszczoną art. 3581 par.2 KC), oraz czy można taki mechanizm stosować bez związku z rodzajem zarobkowania kredytobiorcy.

Analiza problemu ekonomicznego jest trochę trudniejsza. Narracja sektora bankowego jest bowiem taka, że owszem, kredytobiorcy mogli swego czasu zyskiwać na osłabiającym się franku, ale banki na wzmacniającym się obecnie franku nie zyskują. Czyli że wszyscy powinniśmy wierzyć, iż profesjonalne instytucje finansowe, nastawione na komercyjny zysk, pozawierały umowy, w których nie mogły wygrać. I tylko klient mógł – w pewnych warunkach – zarobić. Z oczywistych względów tak nie jest. Pomijając zagadnienie nielegalności spreadu, o czym było wcześniej, umowa kredytu „frankowego” jest do pewnego stopnia symetryczna. Na mocy zawartej umowy – gdy kurs franka spadał, to klient zarabiał a bank tracił. I odwrotnie – przy wzroście kursu – klient traci a bank zarabia. Zatem bazując tylko na umowie kredytowej, potencjalne „odfrankowienie” kredytów stanowiłoby dla banków wyłącznie pomniejszenie zysków – bank oddałby to, co na wzroście kursu zarobił. (Częściowa symetria wynika z faktu, że cena franka nigdy nie spadnie o 100%, natomiast może rosnąć w nieskończoność)

W praktyce sprawa jest bardziej złożona – czego jednak sektor bankowy nie chce publicznie wytłumaczyć. Ponieważ banki nie miały ochoty przyjmować ryzyka walutowego wynikającego z kredytów (bo  wiązałoby się to z koniecznością spełnienia wyższych wymogów kapitałowych), dlatego pozbyły się go poprzez zawarcie kontraktów „zamiany” (z angielska „Swap”) z zagranicznymi instytucjami finansowymi. Dzięki zawarciu takiego kontraktu, polski bank pozbył się ryzyka walutowego – a więc straty, w przypadku spadku kursu franka. Jednocześnie pozbył się także potencjalnego zysku, gdyby jednak kurs franka wzrósł. Na skutek owej „zamiany” polski bank uzyskał dodatkowo wyższe oprocentowanie (WIBOR), płacone przez zagranicznego kontrpartnera, w zamian za niższe oprocentowanie (LIBOR), które bank otrzymywał od kredytobiorcy. Innymi słowy, dzięki zawartym na rynku międzybankowym kontraktom Swap, polskie banki pozbyły się zupełnie ryzyka kursowego. Natomiast zarabiały na kredytach frankowych taką samą stawkę oprocentowania (WIBOR), jak na złotowych. Co dzięki waloryzacji sald kredytów rosnącym kursem franka skutkowało zdecydowanie większym zyskiem, [5]. O jakiej kwocie mówimy? Wartość kredytów, od których zyskami polskie banki podzieliły się z zagranicznymi kontrpartnerami swapów, KNF oszacował w roku 2015 na ponad 40 mld-ów złotych. Ale z kim banki się dzielą, czy beneficjentem są firmy-matki, czy może zyski ze swapów nikną w londyńskim CITY – tego ani KNF, ani NBP nie ujawniają.

Obecny problem jest taki, że potencjalne „odfrankowienie” kredytów stanowi zagrożenie dla banków (a może ich firm-matek?) właśnie z uwagi na pozawierane kontrakty „zamiany”, a nie umowy kredytowe jako takie. Bo kontrpartner Swapa będzie oczekiwał realizacji kontraktu, niezależnie od statusu umowy kredytowej, którą bank zawarł z kredytobiorcą. I choć otwarcie kontraktów Swap było dobrowolnym działaniem zarządów banków, nie wymaganym przez prawo (bo bank może realizować swój własny „apetyt na ryzyko” jeśli tylko spełni odpowiednie wymogi kapitałowe), to zarządy banków nie chcą obecnie ponosić konsekwencji własnych decyzji. Pytanie tylko – kto ma je ponosić? I co jest podstawą prawną, aby kosztem tym obarczyć oszukanych  klientów (skoro nie są oni stroną problematycznych kontraktów)?

Zatem fundamentalna sprawa – całkowita kwota wszystkich roszczeń kredytobiorców (gdyby 100% „frankowiczów” poszło do sądów) jest kilkukrotnie niższa od kwoty, którą zaraportował prezydentowi KNF w 2015! Dlaczego? Właśnie dlatego, że kredytobiorcy chcą zwrotu dokonanych nadpłat. A kwota której jeszcze nie nadpłacili (przyszłe raty) nie może być – zgodnie z logiką – stratą banku. Natomiast banki twierdzą coś przeciwnego. Mianowicie, że ich kosztem jest strata całego potencjalnego zysku z kredytu (włączając raty jeszcze nie spłacone), gdyż rolowanie Swapów wymagało przyjmowania nowych depozytów, które zostały już zaksięgowane w bilansach banków. Jednak, co ciekawe, w sprawozdaniach rocznych banki raportują wartości roszczeń sądowych zgodnie z … logiką kredytobiorców. I teraz pytanie – czy KNF kiedykolwiek poinformowała Kancelarię Prezydenta o fakcie, że kwota wszystkich (100%) roszczeń kredytobiorców jest kilkukrotnie niższa od kwoty o jakiej mówią banki? Czy zadomowiony w polskim parlamencie ZBP kiedykolwiek wspomniał posłom, że „koszty” banków wynikają z kwot, których jeszcze de facto nie zarobiły?

Tych kilku prostych faktów ani Komisja Nadzoru Finansowego, ani Narodowy Bank Polski, nigdy publicznie nie przedstawili. Bank centralny – choć ma do tego ustawowe narzędzia – nie wyjaśnił nigdy przyczyn „banki spekulacyjnej jaka miała miejsce na naszej walucie w latach 2006-2008”, i jaka była mechanika wzmocnienia naszej waluty” [6], ani co się stało z blisko 50-cioma miliardami franków szwajcarskich, które polskie banki sprzedały podobno na rynku międzybankowym. Kto je kupił? Kto na tym interesie zarobił?

Minister finansów w pierwszym rządzie PIS raportował przed Sejmem, że owe franki skupował Narodowy Bank Polski [7], i bank centralny – jak twierdzą ekonomiści – „ma te franki do tej pory w swoich rezerwach, […] które mogą być źródłem pewnych zobowiązań moralnych wobec frankowiczów”, [8]. Natomiast zapytany przez stronę społeczną NBP, odpowiedział jak na filmie Barei: „Nie mam pańskiego płaszcza, i co mi Pan zrobi?”. Wniosek jest jeden – albo przed Sejmem kłamał minister sprawiedliwości (PIS), albo obecnie kłamie prezes NBP (również PIS).

Dla czytelników, którzy pogubili się nieco w krętactwach partii rządzącej – podsumujmy:

  • Kłopot polskich banków nie wynika wcale z umów frankowych jako takich, ale z kontraktów zabezpieczających banki przed ryzykiem kursowym.
  • Zawieranie kontraktów zabezpieczających było dobrowolną (nie wymaganą prawem) decyzją zarządów banków.
  • Swapy uwalniają banki od ryzyka kursowego, a jednocześnie pozwalają zarobić na kredytach CHF lepiej niż na złotowych (pozwalają uzyskać WIBOR od waloryzowanych, rosnących sald kredytów).
  • Większość zysków ze wzrostu kursu franka znika poza Polską, ale nie wiemy kto jest beneficjentem.
  • W systemie „rozpłynęło się” również blisko 50 mld-ów franków (i również nie znamy beneficjenta).
  • Nie wiemy, czy zagraniczne oddziały banków w Polsce straciłyby na „odfrankowieniu” kredytów, bo nie wiemy kto jest drugą stroną Swapów. Na Węgrzech „straty” austriackich banków okazały się tylko mniejszym o 88% zyskiem, [9].
  • W Polsce, partia rządząca próbuje przerzucić na kredytobiorców kłopot, który został sprokurowany przez zarządy banków. Choć nie ma do tego absolutnie żadnych podstaw prawnych.
  • Narodowy Bank Polski nie prowadzi działań mających na celu dostarczenie rzetelnej informacji o rzeczywistych beneficjentach wzrostu kursu franka, oraz wpływie „odwalutowania” kredytów na zyski zagranicznych właścicieli banków. Nie wyjaśnił nawet źródła bańki spekulacyjnej na złotym w latach 2006-2008.
  • Prezes IJ pełnił funkcję dyrektora departamentu komunikacji w NBP, dlatego powinien znać prawo bankowe oraz Dyrektywę Resolution, a także zdawać sobie sprawę z prawnej i finansowej odpowiedzialności zarządów oraz właścicieli banków.
  • Użyta przez IJ w badaniach supozycja, że: „wysokie koszty pomocy posiadaczom kredytów we frankach szwajcarskich, poniosłaby prawdopodobnie cała gospodarka kraju, społeczeństwo, …” jest manipulacją, która dezawuuje wyniki sondażu. Bo koszty banków nie są „wysokie” tylko „prawdopodobne”, „kredyty we frankach” są złotowe, „pomoc” to konstytucyjny obowiązek respektowania prawa, a dyrektywa unijna kategorycznie zabrania obciążania społeczeństwa grzechami banków (zerowe koszty dla społeczeństwa).

 

  1. Systemowy kłopot z „historykami” i „muzealnikami”

Partia rządząca, a obecnie całe państwo, ma duży problem ze środowiskiem skupionym kiedyś wokół Lecha Kaczyńskiego. Z uwagi na szczere interesowanie śp. Prezydenta historią Polski, osoby dzielące tę samą pasję miały do niego dużo łatwiejszy dostęp. Wspominał o tym np. prezes NBP Sławomir Skrzypek, prywatnie interesujący się okresem Powstania Warszawskiego. Dobrym przykładem jest także fundator Instytutu Jagiellońskiego, profesor, autor publikacji historycznych oraz członek honorowego komitetu poparcia Lecha Kaczyńskiego w wyborach. Silna grupa uformowała się także wokół idei budowy Muzeum Powstania Warszawskiego. W muzeum znalazł zatrudnienie również syn wspomnianego profesora (obecny Prezes IJ), oraz kilka innych osób potocznie zwanych „muzealnikami”. Ale wraz z katastrofą smoleńską grupa ta straciła swojego mecenasa, i cel działania. Część z tych ludzi pozakładała firmy PR, i w mniej lub bardziej jawny sposób prowadzi obecnie działania lobbystyczne. Wciąż mają kontakty z obecną władzą, oferują znajomość świata mediów oraz dyskrecję. A wcześniejsza praca dla Lecha Kaczyńskiego otwiera niejedne drzwi – włącznie z drzwiami pałacu zajmowanego przez obecnego prezydenta. „Sieroty” po Lech Kaczyńskim są więc idealnym partnerem np. dla sektora bankowego, albo innych amatorów wsparcia lobbystycznego. I taką agencję PR z „muzealną” przeszłością można było odszukać np. wokół Leszka Czarneckiego i jego szemranych interesów. Ale nie tylko. Właśnie z tego typu działalnością mamy także do czynienia w przypadku tematu „frankowego”, a zmanipulowane publikacje IJ są tylko małym trybikiem zdecydowanie większej maszyny. Bo czy np. kieszonkową organizację non-profit, która po preferencyjnych stawkach wynajmuje od Miasta Stołecznego Warszawy lokal na cele kulturalne, stać było na zamówienie kilku badań sondażowych w kwocie ok. 20’000 zł każde? Czy wielka nagonka medialna, powtarzająca zakłamane hasło „pomocy frankowiczom”, została zrealizowana za darmo? Albo może akcję straszenia Polski arbitrażem międzynarodowym i korespondencją ambasadorów reprezentujących zagraniczne banki,  zorganizowali w wolnym czasie hobbyści?  Przecież ktoś musiał takie działania skoordynować oraz opłacić …

Do tego nakłada się „oferta” sektora bankowego dla polityków obecnej władzy oraz ich dzieci. Dla przykładu – europoseł Ryszard Czarnecki dopóty interesował się problemem frankowym, dopóki jego syn nie został zatrudniony w „ufrankowionym” banku. Dalej – wspomniana uprzednio ustawa antyspreadowa (której KNF do dzisiaj nie może poprawnie zinterpretować) ma małe szanse na uczciwą analizę zgodności z Konstytucją, z uwagi na konflikt interesów pani prezes TK, której syn dostał niedawno posadę dyrektorską w innym banku. Wicedyrektorski stołek w NBP dla żony Marka Chrzanowskiego (eks-nadzorcy) może nie dziwić, ale już bankowe awanse dla syna oraz żony Mariusza Kamińskiego – zdecydowanie powinny. Itd, itd.

Państwo musi sobie systemowo poradzić z najemnymi „sierotami” po Lechu Kaczyńskim. Bo jeśli największe spółki państwowe skarżą się na lobbystyczne publikacje, które zawierają „szereg manipulacji i nierzetelnych informacji” – to znaczy, że mamy fasadowe państwo. PIS musi także zapanować nad „ofertą z biznesu” wobec własnych polityków i ich rodzin, bo w końcu lobbyści przejmą w Polsce całkowicie władzę.

Tylko po co nam wówczas takie państwo?

Jako podsumowanie – wyjaśnijmy jeszcze termin „ustawa przemocowa”, który pojawił się w tytule. Dla przeciętnie inteligentnego  człowieka pomysł, aby okradanemu udzielać pożyczki, by złodziej mógł dalej go okradać – jest idiotyczny. To nie jest pomoc państwa, ale właśnie przemoc wobec słabszego.

 

Referencje:

[1] „Polski Komitet Energii Elektrycznej (PKEE), jako reprezentant największych spółek sektora elektroenergetycznego w Polsce, wyraża głębokie zaniepokojenie treścią analizy Instytutu Jagiellońskiego” – napisało stowarzyszenie. „Publikacja ta zawiera w naszej opinii szereg manipulacji i nierzetelnych informacji oraz prognoz, a zawarte w niej twierdzenia są niejednokrotnie niedokładne, a w wielu przypadkach nieobiektywne”.

https://www.forbes.pl/gospodarka/analiza-instytutu-jagiellonskiego-ceny-energii-beda-rosnac/m5gcdkm

[2] https://www.newsweek.pl/polska/miekkie-ladowanie-na-bank/7lv7ssv

[3] https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/kredyty-frankowe-panstwo-pozwolilo-bankom-na-zbyt-wiele.html

[4] https://europa.eu/youreurope/promo-consumers/docs/infographics/infographic_unfair_clauses_pl.pdf

[5] Bezpieczny Bank, 2016/11,  str. 97-98 –

Szacunkowa zyskowność (szacunkowe ROE) kredytów walutowych była i pozostaje około dwukrotnie wyższa. Na tę różnicę wpływa znacznie wyższa skorygowana marża odsetkowa dla kredytów denominowanych w walutach obcych niż dla złotowych. W przypadku kredytów walutowych istotną pozycją generującą dochody jest efekt zamknięcia pozycji walutowej [czyli rozliczenie Swapów – wyjaśnienie autora], która stanowi skorygowaną marżę odsetkową.”

https://www.bfg.pl/wp-content/uploads/2016/11/Bezpieczny-Bank-4-53-13.3.pdf

[6] Marek Belka, prezes banku centralnego, w wywiadzie dla DGP:

“Nie zapominajmy jednak, że deprecjacja złotego nastąpiła po bańce spekulacyjnej, jaka miała miejsce na naszej walucie w latach 2006-2008. Warto byłoby zbadać, jaka była mechanika tego wzmocnienia naszej waluty, które do dzisiaj odbija nam się czkawką przez kredyty frankowe.”

http://biznes.interia.pl/raport/euro_w_polsce/news/belka-zamknijmy-oczy-i-wskoczmy-do-basenu-ze-wspolna-waluta,2543969,5420

[7] Cezary Mech, wystąpienia w Sejmie 15-12-2005:

„Dlatego też należy pamiętać o tym dodatkowym aspekcie związanym z polityką pieniężną, jak również z koniecznością, w przypadku napływu znaczących kredytów walutowych, zamiany tych kredytów przez Narodowy Bank Polski na złotówki tutaj na rynku międzybankowym, który powoduje problemy związane albo ze sterylizacją tych złotówek, albo ze znaczącą aprecjacją złotego.”

http://orka2.sejm.gov.pl/Debata5.nsf/main/517D8F15

[8] Banki zaciągały zobowiązania we frankach i sprzedawały je za złote, a nabywcą był w przeszłości właśnie NBP. […] Bank centralny ma te franki do tej pory w swoich rezerwach w długiej otwartej pozycji. A w przeszłości przy deprecjacji złotego sporo na nich zarabiał. Część tych zysków poszła do budżetu. Pozostałe są w rezerwach waluacyjnych. Zamknięte pozycje walutowe banków i długa otwarta pozycja NBP mogą być źródłem pewnych – nazwijmy je tak – zobowiązań moralnych banku centralnego wobec frankowiczów i banków.”

http://www.rp.pl/Opinie/304199846-Frankowicze-i-rola-nie-dla-panstwa.html#ap-1

[9] „Ewald Novotny, prezes centralnego banku Austrii, powiedział, że w ostatnich sześciu latach w wyniku destabilizacji w tym regionie banki austriackie straciły 2/3 swoich potencjalnych zysków, a w roku 2013 wskaźnik ten urósł nawet do 88 proc.

https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/bankowosc/banki-na-wegrzech-narzekaja-ale-zaplaca-jak-rzad-kaze/

[0] Zastanówmy się w takim razie, czy jesteśmy państwem prawa, gdzie obowiązuje prawo, czy przede wszystkim kierujemy się kasą. Jeśli jesteśmy państwem prawa, gdzie obywatele mają prawo oczekiwać, że państwo będzie to prawo egzekwować, to jeśli doszło do złamania prawa, no to muszą instytucje państwa na to zareagować – powiedział na antenie Radia ZET poseł PiS Jacek Sasin.

Zdaniem posła PiS, który powołał się na raport rzecznika finansowego, „przy zawieraniu umów na tzw. kredyty frankowe doszło do rażącego złamania polskiego prawa”.

https://www.wprost.pl/kraj/10010147/Sasin-o-pomocy-frankowiczom-Zastanowmy-sie-czy-jestesmy-panstwem-prawa-czy-kierujemy-sie-kasa.html